środa, 30 lipca 2014

Amerykańskie drony na Morzu Śródziemnym. Na Krecie powstanie nowa baza

Kreta może już wkrótce stać się bazą wypadową dla amerykańskich dronów bojowych, które będą miały za zadanie prowadzić walkę z terrorystami działającymi w pobliżu Morza Śródziemnego. Wszystko jednak zależy od decyzji władz Grecji. 



Jeszcze niedawno Stany Zjednoczone miały w planach odwrócenie się od Europy, Bliskiego Wschodu i rejonu Morza Śródziemnego i zamiast nich skupić się na nowym światowym centrum, czyli Azji Południowo-Wschodniej i na nowym arcyrywalu Chinach. Zamiast tego jednak ostatnie wydarzenia w Iraku, Syrii (powstanie Islamskiego Państwa Syrii i Lewantu) oraz na Ukrainie sprawiły, że największe światowe mocarstwo musiało ponownie zwrócić się w tą stronę świata. 

Jak podaje grecki serwis TOVIMA władze amerykańskie zwróciły się do rządu w Atenach z prośbą o zgodę na umieszczenie pewnej liczby dronów na terenie wyspy Krety. Według aktualnych planów miałyby one tam pozostać na okres od sześciu do dwunastu miesięcy. Być może słowo "prośba" nie jest w tym przypadku odpowiednie, gdyż jak twierdzi portal USA próbują naciskać na Grecję od stycznia by ta w końcu wyraziła zgodę na stacjonowanie dronów. Sprawę wydają się przeciągać w czasie przede wszystkim wiceprezydent Evangelos Venizelos i minister obrony Dimitris Avramopoulos.


Flota UAV ma być jednym z kluczowych narzędzi do prowadzenia działań wojennych i wywiadowczych w okolicach Morza Śródziemnego, przede wszystkim zaś w Syrii, Palestynie i Libanie, czyli krajach najbardziej obecnie zagrożonych atakami terrorystycznymi i będących często głównym zapleczem organizacji ich dokonujących. Sama Grecja również postrzegana jest jaka jeden z potencjalnych celów ataków, jednak władze w Atenach oczekują, że w zamian za udzielenie pomocy w stworzeniu bazy UAV otrzymają jakąś formę pomocy wojskowej bądź też same drony pomogą zwalczać nielegalną imigrację.



wtorek, 29 lipca 2014

Krater na końcu świata: Na Syberii pojawiły się tajemnicze kratery, skąd się wzięły i dokąd prowadzą?

Na dalekiej północy pojawiły się trzy tajemnicze kratery. Nikt nie wie skąd się wzięły, ani dokąd prowadzą. Czy powstały w sposób naturalny?

fot. io9


Na półwyspie Jamał ludzie mówią, że spadły tam rakiety, inni znowu uważają, że to były spadające anioły. Bez względu na to kto ma rację, faktem jest, że około 27 września 2013 pojawił się tam tajemniczy krater o średnicy 30 metrów. 


Naukowcy nie są w stanie dojść do porozumienia co do sposobu powstania krateru, przyznają jednak, że ma on zbyt regularny kształt by być dziełem natury, z drugiej jednak strony nie wygląda też na dzieło człowieka. Więc kogo? Miejscowi opowiadają, że w okolicy najpierw widać było dym, a następnie, zupełnie niespodziewanie pojawił się błysk przypominający uderzenie niezwykle silnego pioruna. Na dnie krateru znajduje się podziemne jezioro, jednak do tej pory nie udało się ustalić jego głębokości. 


Najdziwniejsze jest jednak to, że krater na półwyspie Jamał nie jest jedynym. Kolejne dwa pojawiły się bowiem w ostatnim czasie na dalekiej rosyjskiej północy: jeden na terenie dystryktu Taz (mierzy on 15 metrów średnicy) natomiast drugi, mierzący zaledwie 4 metry średnicy pojawił się na półwyspie Tajmyr i choć nie jest on zbyt szeroki to jednak zdaniem badaczy może być on głęboki nawet na kilkaset metrów. 


Trudno w tej chwili ustalić przyczynę powstawania kraterów. Dzieli je od siebie wiele tysięcy kilometrów, nie wiadomo też dokąd prowadzą. Wśród najpopularniejszych teorii jest ta, mówiąca, że powstały one w wyniku wybuchu zgromadzonego pod ziemią metanu lub też z powodu zmian ciśnienia spowodowanym globalnym ociepleniem.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 43 Zamek Czocha, Polska


– Dzień dobry. Mógłbym budzić się tak co rano. Wstawałbym zawsze szczęśliwy. – Monik usłyszała głos Marca.
– Jak miło to słyszeć. – Odwzajemniła uśmiech. – Musimy już wstawać. Pamiętasz, umówiliśmy się na dziesiątą przed recepcją? Mam nadzieję, że zdążymy zjeść śniadanie.
– A która godzina? – zaniepokoił się. – Długo spaliśmy?
– Dziewiąta. Pójdziesz pierwszy wziąć prysznic?
– Naturalnie, już się zbieram.
Na śniadanie zeszli dwadzieścia minut przed umówioną godziną. Zapytali kelnerkę, czy Amerykanie już jedli.
– Nie było żadnych gości – odpowiedziała. – Jedynie kilka osób z wycieczki. Zwariowali – oburzyła się – stoją pod zamkiem od ósmej. Jak oni tu dojeżdżają tak wcześnie?
Marc i Monik zdziwili się. Nie sądzili, że Amerykanie zrezygnują ze śniadania.
– Może nie jadają śniadań? – wyraziła głośno swoje zdziwienie Monik.
Sami zjedli ze smakiem, mimo że posiłki na zamku nie należały do nadzwyczajnych. Cieszyli się sobą.
Do holu wyszli kilka minut po dziesiątej. Nie było w nim jednak nikogo.
– Zobacz przed zamkiem – doradziła Monik.
Marc wyszedł na zewnątrz. Przeszedł przez most prowadzący na dziedziniec. Pusto. Rozejrzał się dookoła. Na dziedzińcu stało kilka pojazdów. Szukał samochodu z obcą rejestracją. Być może amerykańską. Nie zapytał ich wczoraj, jak poruszają się po Polsce. Podszedł do stojącego przy wyjazdowej bramie strażnika.
– Nie widział pan małżeństwa Amerykanów? Są gośćmi hotelowymi od wczoraj.
Strażnik wyglądał na zdziwionego.
– Amerykanów? Stoję tu od wczorajszego popołudnia. Miałem swój dyżur i kolegi. Córka mu się urodziła – ucieszył się – więc go zastępuję. Ale nie widziałem tu żadnych Amerykanów…
– A gości w samochodzie na niemieckich rejestracjach?
– No was widziałem i nikogo innego.
– Wie pan, ona miała takie długie rude włosy. – Marc był coraz bardziej zaniepokojony.
– Nikogo takiego nie było – powtórzył strażnik.
Marc wracał na zamek szybkim krokiem. Chciał się już znaleźć w recepcji.
W ogromnej bramie stała Monik.
– Wiesz, Marc, nie ma ich. Może zaspali?
– Właśnie. Pewnie zaspali… zapytam o numer ich pokoju.
Poszli do recepcji.
Za biurkiem siedziała czarnowłosa młoda dziewczyna.
– Dzień dobry – zwrócił się do niej Marc. – Proszę pani, szukam znajomych, małżeństwa Amerykanów. Umówiliśmy się z nimi w holu. Nie widziała ich pani?
– Nie, nikogo takiego tutaj nie było, jestem od szóstej rano. Czy mieli dzisiaj przyjechać? – zapytała.
– Ależ skądże – powiedział – są gośćmi hotelu od wczoraj. Mieli spać w komnacie z łóżkiem, z którego zrzucano ponoć gości. W dawnych czasach – dodał, widząc przerażony wzrok recepcjonistki.
– Ależ mnie pan zaskoczył.
Spojrzała na szafkę z kluczami od pokoi. Później do książki hotelowej.
– Musiał pan coś pomylić. W tym pokoju nikt nie spał. Rzadko go wynajmujemy. Nie ma wpisu w książce, a klucz wisi, o tutaj – pokazała ręką na szafkę.
– Jak to nie spał?! – odezwała się Monik. – Przecież wyraźnie mówili, że będą właśnie tam nocować.
– Może coś im nie wyszło – odparł Marc. Czuł, że jest coraz bardziej zdenerwowany. – Może pani sprawdzić, czy nie zamieszkali w innym pokoju?
– Oczywiście – odpowiedziała uprzejmie dziewczyna.
Spoglądała przez chwilę do hotelowego spisu gości.
Podniosła głowę i spojrzała na nich.
– Przykro mi bardzo, ale poza państwem nie mam wpisanej żadnej pary.
– Czy to możliwe, by spali, nie meldując się w recepcji? – zapytał Marc.
– Nie, to niemożliwe. Takie mamy procedury, a niedawno mieliśmy kontrolę, to tym bardziej…
Marc z Monik zamilkli zaskoczeni. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Marc ocknął się pierwszy.
– Bardzo panią przepraszam, ale czy mogłaby pani zajrzeć do tego pokoju? Niepokoimy się – sięgnął do kieszeni po jakiś banknot.
– Ależ nie trzeba – zmieszała się – zaraz zobaczę.
Zniknęła, zabierając klucz.
Wyszli do holu. Przechadzali się nerwowo, czekając na recepcjonistkę.
Po chwili dziewczyna wróciła.
– Proszę pana… W tym pokoju nikt nie spał tej nocy. W razie czego jestem do państwa dyspozycji w recepcji.
Zostawiła ich samych.
Monik i Marc usiedli na kamiennej ławie w holu. Byli zaszokowani. Czyżby oboje przeżyli fatamorganę? Osoby, z którymi wczoraj rozmawiali, zniknęły. Zniknęły w tym samym pokoju, z którego znikali niechciani goście.
Spoglądali na siebie z niedowierzaniem. Mieli wierzyć w taką wersję wydarzeń? Przekonać siebie, że ich nowi przyjaciele zostali zamordowani? W tak ponurych okolicznościach? Ale rzeczywistość nie pozostawiała złudzeń, ktoś celowo ukrywał od wczorajszego południa obecność Amerykanów na zamku. Nie figurowali w księdze meldunkowej. Nikt ich nie widział. Nie jedli w zamkowej restauracji, nie spali w żadnej z komnat. Czy faktycznie tak było? Jedno było pewne: nikt nie chciał potwierdzić ich obecności. Panowała zmowa milczenia.
– Czy to wszystko, co się dzieje, jest możliwe? – zapytała Monik z niepokojem,
– Od czasu, kiedy Kubrick nakręcił lądowanie na Księżycu w studio i cały świat w to uwierzył, wszystko jest możliwe.
– No tak, ale sam wiesz, że prawie cała jego ekipa, z którą to zrobił, niedługo po tym przestała chodzić po ziemi, a on sam zamknął się na ranczo, z którego nigdy nie wyszedł. Chyba nie grozi nam to, co jego ludziom…?
– Hm… z tego, co nam się przytrafia, można by wyciągnąć taki wniosek: albo strzelają do nas, albo znikają nasi rozmówcy. Może powinniśmy się zastanowić, czy nie zająć się czymś mniej ambitnym?
– Żartujesz, prawda? – rzuciła Monik.
– Od czasu, gdy jesteś ze mną, jestem przekonany, że nie każde ryzyko warto podjąć.
– Miło, że tak mówisz, ale za nic nie chciałabym rezygnować z naszych poszukiwań.
Monik uspokoiła się. Nie chciała, by Marc rezygnował z jej powodu z tak niezwykłego tematu.
– I co teraz zrobimy? – zapytała.
– Przede wszystkim zadzwonimy o trzynastej do Kajetana. Musimy się z nim naradzić. Poza tym jestem ciekawy, co u Poula. I dokąd teraz poprowadzi go droga wspólnej misji. Skoro Kajetan zgodził się pełnić rolę dowódcy naszego skromnego oddziału śledczego, bądźmy konsekwentni. Przejdźmy się teraz dookoła zamku, mamy jeszcze dwie godziny. Może coś wypatrzymy… Mam nadzieję, że pojedziemy do Książa. Może tam znajdziemy Toma i Sally. Nie daje mi spokoju ich zniknięcie.
– To bardzo dziwne…
– Masz rację. Ale nie wiem, czy to my uwikłaliśmy ich w naszą historię czy oni nas w swoją. Jedno jest pewne: po tym, co usłyszeliśmy w Wewelsburgu, zaczynam wierzyć w to, że ktoś programuje zdarzenia. Nie jestem naiwny i w naszym zawodzie dosyć jest dowodów, iż wydarzenia, które wydają się przypadkowe, wcale takimi nie są. Ale co innego opisywać je i oceniać, a co innego stanąć w samym środku tornada, które może nas zmieść.
Marc zauważył na jej twarzy niepokój.
– Nie martw się. Jesteśmy razem. Na wszelki wypadek spakujemy rzeczy. Pojedziemy do Książa. Zawsze możemy tu wrócić, ale bagaże lepiej mieć ze sobą.
– Marc, nie sądzisz, że powinniśmy zawiadomić policję, że oni zniknęli?
Zastanawiał się. Rozważał argumenty.
– Myślę, że, być może wbrew logice, powinniśmy się wstrzymać. Również dlatego, że nie szuka się kogoś w pierwszym dniu jego zniknięcia. Tak podpowiada mi intuicja i tak chyba będzie najsensowniej, nie sądzisz?
– Zapewne masz rację. Szczególnie z tym pierwszym dniem. A może wyjechali wcześnie rano? – pocieszyła się.
Ostatnia myśl wyraźnie ją ożywiła i wprawiła w dobry humor.
– Chodź, wszystko będzie dobrze. Znajdą się.
Przeszli przez górny dziedziniec. Zamek położony był wśród pól i łąk.
Spokojna rzeka obejmowała go z dwóch stron, płynąc niespiesznie. Była jedynym świadkiem zdarzeń, które odchodziły w czeluście historii.

piątek, 25 lipca 2014

Czy w Noworosji walczą agenci FSB, Specnazu a może faktycznie kozaccy ochotnicy?



Temat rzeka. Każda strona ma swoje argumenty, swoje dowody i swoje racje. A jak jest naprawdę? Nie mnie zabierać stanowisko w tej sprawie, zachęcam Państwa do samodzielnej analizy i podzielenia się opiniami w tym temacie w komentarzach. 




Pozdrawiam,

Victor Orwellsky







czwartek, 24 lipca 2014

Afera podsłuchowa w Turcji. Aresztowano...podsłuchujących policjantów

Afera podsłuchowa w Polsce nawet w połowie nie wywołała takiej burzy jak w Turcji. Tamtejsza afera skończyła się walką z internetem a ostatecznie - aresztowaniami.



W rozmowie z synem premier Turcji informował go o "nalotach" policji na domy polityków jego partii i instruował gdzie powinien ukryć należące do rodziny pieniądze. Potem, gdy nagrania ujawniono rozpoczął walkę najpierw z internautami, którzy je udostępniali, następnie zabrał się za blokowanie w całej Turcji Twittera. W końcu podjął radykalniejsze środki i niedawno dokonano masowych aresztowań policjantów zamieszanych w podsłuchiwanie polityków. 

67 policjantów trafiło we wtorek do aresztów, a blisko 100 przedstawiono zarzuty prowadzenia nielegalnych podsłuchów czołowych tureckich polityków z premierem Erdoganem na czele a także sędziów, wojskowych, dziennikarzy czy urzędników państwowych. Jak podał główny prokurator Hadi Salihoglu w wysłanym do mediów oświadczeniu, aresztowani byli członkami tajnej organizacji terrorystycznej zwanej Tevhid-Selam (Armia Al-Quds). 

Jest też druga strona medalu. Chociaż partia Erdogana szła do wyborów z hasłami walki z korupcją, to jednak zdaniem przeciwników tej partii jak żadna poprzednia rozwinęli ten proceder na masową skalę. Na potwierdzenie tej tezy zwracają uwagę na fakt, że wśród aresztowanych znalazł się były szef policji Istambułu odpowiedzialny za przestępstwa finansowe, który prowadził śledztwo w sprawie działań korupcyjnych w najwyższych kręgach władzy, w tym również w najbliższym otoczeniu Erdogana.

Na zakończenie dodajmy, że w Turcji wkrótce odbędą się wybory prezydenckie, a wśród kandydatów znaleźć można również urzędującego premiera. 





środa, 23 lipca 2014

Niemcy inwestują w wywiad, będą też monitorować social media

Niemiecka BND wkrótce złoży w Bundestagu projekt, w ramach którego blisko 300 milionów euro ma zostać zainwestowanych w nowe działania wywiadowcze. Wśród nich pokaźne środki mają być przeznaczone na monitoring mediów społecznościowych.

fot. http://www.techpolicydaily.com/

Niemieckie służby wywiadowcze pomimo wielokrotnych zmian ustroju politycznego cechują się niezwykłą wręcz trwałością. Po upadku III Rzeszy nie zrezygnowano wcale z usług pracujących wcześniej dla nazistów szpiegów, ani też nie zmarnowano informacji jakie posiadała likwidowana w 1989 roku wschodnioniemiecka STASI. Zamiast tego Federalna Służba Bezpieczeństwa (BND) gromadziła ludzi, wiedzę, doświadczenie i przede wszystkim informacje. Zapewne też dlatego to właśnie oni są we współczesnej Europie niekwestionowanym liderem, zarówno gospodarczym jak i politycznym. Zapewne to również dlatego Niemcy byli w stanie poradzić sobie z amerykańskimi podsłuchami i wykorzystać wynikłą z tego aferę na swoją korzyść.

Co ciekawe, jak zwraca uwagę portal Deutsche Welle, w Niemczech rzadko nazywa się rzeczy po imieniu. Zamiast więc wywiadu i szpiegostwa, z ust tamtejszych przedstawicieli ministerstwa obrony możemy usłyszeć określenia bardziej neutralne, takie jak: kontrwywiad czy ochrona. Ani słowa o działaniach wyprzedzających i ofensywnych.

Pokłosiem ostatniego skandalu i ujawnienia przez Edwarda Snowdena podsłuchów prowadzonych przez NSA, czołowi niemieccy politycy zażądali zwiększenia środków przeznaczanych na wywiad. Stworzony przez BND projekt "Strategicznej Inicjatywy Technologicznej" kosztować będzie ponad 300 milionów euro i wymagać będzie zatwierdzenia przez Bundestag. Projekt przewiduje między innymi zainwestowanie poważnych środków finansowych w monitoring mediów społecznościowych. 

Być może istotę myślenia niemieckich służb najtrafniej podsumowuje emerytowany pracownik wywiadu, 75-letni Bernd Schmidbauer, mówiąc: "Tu nie chodzi o podział na przyjaciół i na wrogów, lecz o kwestie narodowych interesów".Nie oszukujmy się zatem, w Niemczech od lat dba się o narodowy interes, nawet jeśli politycy i media mówią coś zupełnie innego.




wtorek, 22 lipca 2014

Czy to koniec chrześcijan na Bliskim Wschodzie?

Ich przodkowie żyli na tych ziemiach od tysięcy lat, dziś w wyniku prześladowań, zamachów i polityki nowych władców Bliskiego Wschodu są zmuszani do migracji. Czy w XXI wieku chrześcijanie znikną z Iraku i innych bliskowschodnich państw?



Kiedy mówi się o skomplikowanej sytuacji w Iraku często nie pamięta się, że obok podziałów na Kurdów, arabskich sunnitów i szyitów istnieją jeszcze mniejsze, ale bardzo istotne grupy, tak jak choćby istniejąca tam od czasów biblijnych społeczność chrześcijańska. Do niedawna w Iraku mieszkali również Żydzi, ale w wyniku prześladowań jakich zaznali za Saddama Husajna musieli oni w większości opuścić ten kraj pod koniec XX wieku.  Ze spisu przeprowadzonego w 1987 roku wynika, że w kraju tym mieszkało 1,4 miliona chrześcijan, jednak w wyniku sankcji nałożonych na to państwo, populacja ta powoli się kurczyła. Obecnie ich liczbę szacuje się na około 300 tysięcy osób, jednak już wkrótce może być ich jeszcze mniej.

Od czasu brytyjsko-amerykańskiej inwazji Irak opuściła już blisko połowa żyjących tam do tej pory chrześcijan. Stali się oni ofiarą konfliktu jaki wybuchł między Sunnitami, Szyitami i zachodnimi mocarstwami przez muzułmanów postrzeganymi jako Niewierni bądź (mylnie) Krzyżowcy. W efekcie iraccy chrześcijanie postrzegani byli jako społeczność wspierająca zachodnich najeźdźców, stając się ofiarami ataków na domostwa, gwałtów, tortur, porwań i morderstw. Zniszczeniu uległo również wiele starożytnych kościołów i monasterów.

Miasto Mosul było jeszcze do niedawna stolicą irackich chrześcijan, tamtejsza społeczność, głównie ormiańskiego i asyryjskiego pochodzenia, Ci ostatni żyli w tym mieście od blisko 6 tysięcy lat. Wszystko skończyło się w ostatnią niedzielę gdy po liście rozesłanym przez ISIS wzywających chrześcijan do przejścia na islam, w przeciwnym wypadku będą oni zmuszeni do zapłacenia podatku dla niewiernych bądź też poniosą śmierć. Organizacja ta znana jest z brutalności i fanatyzmu, dlatego też chrześcijańscy mieszkańcy miasta podjęli decyzję o jego opuszczeniu. 

Ambicje Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu nie kończą się tylko na Iraku, chcą oni podbić Syrię, Jordanię, Palestynę, w końcu cały Bliski Wschód. Czy podobny los jaki spotkał mieszkańców Mosulu już wkrótce może dotknąć również innych chrześcijan z tego regionu?



poniedziałek, 21 lipca 2014

Fragment powieści "Kod Władzy": Rozdział 42 Zamek Czocha, Polska

– Czy możecie nam coś więcej opowiedzieć o tych niezwykłych sprawach? – zapytał Marc.
– Wiemy, że właśnie w tych stronach Niemcy zaczęli budować coś, co nazwano Olbrzymem. Sally roześmiała się głośno. Spojrzała na Marca i Monik
z sympatią.
– Nawet nie wiecie, ile przyjemności sprawicie Tomowi, po-
zwalając mu podzielić się z wami swoją wiedzą. Mój Tom – po-
gładziła jego rękę – to pasjonat. Jego fascynacje trwają od lat
i przyznam, zachorowałam na chorobę zwaną pasją Toma
do rzeczy niezwykłych i tajemniczych. Czy uważasz kochanie,
że możemy uchylić im rąbka tajemnicy? – zażartowała.
Tom poruszył się na swoim krześle.
– Kochani, praca badacza i naukowca zaczyna nabierać
prawdziwego sensu, gdy jej efekty poznaje ktoś inny niż sam
naukowiec. Chętnie podzielę się swoją wiedzą na temat skry-
wanych i odkrywanych latami uroków i tajemnic tych stron.
Muszę jednak zastrzec, byście mieli świadomość, że za każdą
z tych historii kryją się tysiące ludzkich istnień. Strażnicy tajemnic nie dopuszczali nikogo do siebie i uśmiercali realiza-
torów swych niejednokrotnie fantastycznych koncepcji. O tej
stronie rzeczywistości w pogoni za sensacją często się zapomi-
na. A tak naprawdę najpotężniejsze umysły nie dokonałyby ni-
czego, bez tysięcy bezimiennych wykonawców tych wizji.
Wszyscy spojrzeli na Toma.
Sprawa, o której powiedział, pobudziła ich wyobraźnię. Mieli
przed oczyma znane z historii sceny poruszających się w upa-
le Afryki budowniczych piramid, tysiące darowanych bogom
mieszkańców Ameryki Południowej czy w końcu miliony za-
mkniętych w obozach Europy i Azji, zmuszonych do nadludz-
kich poświęceń ludzi.
Zadumali się.
Tom odezwał się po chwili.
– Do dziś badacze spierają się co do terminu rozpoczęcia
prac nad Olbrzymem. Niektórzy mówią o roku 1938, jednak
oficjalnie przyjmuje się, że stało się to cztery lata później.
Gdy w 1943 roku RAF zbombardował niemiecki ośrodek
badawczy, zajmujący się bronią rakietową w Peenemün-
de na wyspie Uznam, Hitler zwołał naradę w tej sprawie.
Jednak dużo wcześniej polecił przenieść produkcję broni
specjalnych pod ziemię. Opracowano bezprecedensowy program budowy kilkudziesięciu gigantycznych obiektów
we wnętrzu gór. Nad całością czuwał Albert Speer, mini-
ster do spraw uzbrojenia i przemysłu wojennego III Rzeszy
oraz główny architekt kraju.
– Czy wiesz, jaka była skala prowadzonych prac na tym
obszarze? – zapytała Monik.
– Tylko w Górach Sowich powstało siedem ogromnych
kompleksów. Także pod zamkiem w Książu, który jest jednym
z największych zabytków Europy, wydrążono dwupoziomowy
system chodników. To właśnie tam Hitler planował ulokować
swoją kwaterę, do której – jak uważają niektórzy – miały być
w podziemnym tunelu poprowadzone tory kolejowe. Prawdo-
podobnie system podziemnej kolei miał objąć również sztol-
nie znajdujące się w Górach Sowich, a całość miała zostać
skomunikowana, również pod ziemią, z położonym w pobliżu
Książa dworcem. Równocześnie Niemcy budowali podziemne
chodniki w innych rejonach Sudetów – w okolicach Kamiennej
Góry, tutaj, niedaleko zamku, na którym jesteśmy, w pobliżu
Wielisławki i w Górze Ryszarda w Bolkowie. Ogromne, ukryte
pod górami hale, były budowane w taki sposób, aby w każdej
chwili dało się zamaskować wejścia do nich. W betonowych
wartowniach czuwali strażnicy. W niektórych ośrodkach bar-
dzo szybko zaczęły funkcjonować fabryki zbrojeniowe, nato-
miast budowy innych nie udało się przed zakończeniem wojny
sfinalizować. Przeznaczenie niektórych obiektów do dziś pozo-
staje tajemnicą – odpowiedział Tom.
Marc zachęcił wszystkich do wypicia kilku łyków piwa.
Uczynili to z przyjemnością.
– To niezwykłe, co powiedziałeś – zwrócił się do Toma.
250– Najbardziej fantastyczne hipotezy mówią, że we wspo-
mnianych przeze mnie miejscach trwały prace nad cudownymi
broniami Hitlera, w tym nad startującymi pionowo spodkami.
Nie wiadomo, czy te sztolnie zostały wykorzystane do ukrycia
dóbr kultury.
– Ale skąd wiadomo, że mogło chodzić o skarby? – zapytała
Monik.
Tom odstawił pustą już szklankę na stolik.
– Akcję ukrywania dzieł sztuki rozpoczęto w 1942 roku.
Günther Grundmann, konserwator zabytków na Dolnym Ślą-
sku, rozesłał do prywatnych kolekcjonerów pismo, w którym
proponował pomoc w zabezpieczeniu ich zbiorów przed Ro-
sjanami. Z około dwustu pięćdziesięciu osób odpowiedziało
mu sto sześćdziesiąt jeden. Podstawowym zadaniem Grund-
manna było jednak zabezpieczenie dzieł sztuki pochodzących
z kościołów, muzeów i klasztorów. Skarby przechowywane były
głównie w podziemiach dolnośląskich rezydencji.
– Skoro tak, to ktoś musiał wiedzieć, gdzie mogą znajdować
się miejsca nadające się do ukrycia nie najmniejszych przed-
miotów? – zainteresował się Marc.
– W 1936 roku w III Rzeszy zarządzono inwentaryza-
cję naturalnych jaskiń. Dokumenty z inwentaryzacji prze-
prowadzonej na terenie Dolnego Śląska dziwnym trafem są
niedostępne.
– Czy jest jakiś dowód na istnienie skarbu? – zapytała
Monik.
– Z relacji świadków wynika – odpowiedział Tom
– że Grundmann przyjaźnił się z Gustavem Knauerem, wła-
ścicielem firmy spedycyjnej zajmującej się głównie przewozem
251mebli. To właśnie jemu powierzył wywiezienie dzieł sztuki
z Wrocławia. Z dokumentów wynika, że zorganizowano dwie-
ście siedem transportów. Co ciekawe, ilość wywiezionych dóbr
firma przeliczała na... metry bieżące wozu. W tym wypadku
wykazano dwa tysiące metrów. Tymczasem Polacy odnaleźli
tylko tysiąc metrów, czyli o połowę mniej. Tak więc kilome-
tra skarbów ciągle brakuje. Co roku zarówno podziemia Gór
Sowich, jak i inne zagadkowe miejsca Sudetów są odwiedza-
ne przez licznych eksploratorów. Wśród nich krążą opowieści o znajdowanych od czasu do czasu skarbach. Miejscem, o któ-
rym mówi się najwięcej, jest tak zwana Szczelina Jeleniogór-
ska. Świadkowie twierdzą, że w zamaskowanym tunelu odkry-
to gigantyczne bogactwa, a w podziemiach stały niemieckie
samochody.
– Ale historia! – nie kryła zaskoczenia Monik. – Aż mi ciar-
ki przechodzą po plecach na samą myśl. Zwłaszcza gdy siedzę
w tym zamczysku. – Rozejrzała się dookoła.
Tom popatrzył na siedzących przy stoliku. Wszyscy byli za-
dumani i wsłuchani w jego opowieść.
– Może jeszcze napijemy się piwa? – zapytał, starając się
nieco rozluźnić atmosferę.
Marc ocknął się.
– Świetny pomysł, pozwolicie, że sam pójdę, będzie szyb-
ciej. – Uśmiechnął się. – Nie chciałbym przerywać na zbyt dłu-
go tej pasjonującej relacji. Wszyscy pijemy, prawda?
Skinęli głowami.
Marc zniknął w bramie prowadzącej do baru. Po kilku mi-
nutach, wyręczając kelnera, zjawił się z powrotem. Przezornie
kupił po dwie butelki dla każdej z osób.
252– Nie będziemy sobie przerywać – wytłumaczył się, stawia-
jąc je na stoliku.
– Nie jest złe to piwko – wsparła go Sally.
Marc odłożył tacę na sąsiedni, pusty stolik. Zaczął rozlewać
piwo, zaczynając od Sally. Po chwili usiadł z powrotem na swo-
im miejscu.
– Słuchamy cię dalej – zwrócił się do Toma.
– OK, już mówię dalej. – Tom był zadowol

znajdując
tak zaangażowanych słuchaczy. – Najwięcej znaków zapytania
wiąże się z podziemnymi kompleksami drążonymi w górach
podczas drugiej wojny światowej w ramach akcji Riese. Do tej
pory nie udało się odkryć przeznaczenia tych obiektów. Aż
trudno uwierzyć, że cel tak olbrzymiej inwestycji, obejmującej
kilometry korytarzy wykuwanych dzień po dniu przez rzeszę
więźniów, pochłaniającej gigantyczne środki, do tej pory jest
nieznany.
– Myślisz, że przygotowano jakieś centrum zarządzania,
skoro miała być tutaj kwatera Hitlera? – zapytała Monik, spo-
glądając dyskretnie na Marca.
– W 1944 roku Hitler wydał rozkaz budowy dwóch pod-
ziemnych kwater. Miały one powstać w górach na Śląsku
i w Turyngii. Wspomina o tym w swoich wspomnieniach Al-
bert Speer, architekt i minister w rządzie III Rzeszy. Z zapisków
tych jednak trudno wywnioskować, czy pisząc o Śląsku, ma on
na myśli Olbrzyma. Przecież podobnych budowli jak te z Gór
Sowich na tym terenie było więcej. Speer wspomina, że nie-
które podziemne korytarze były tak szerokie, że można było
poruszać się w nich samochodem. Nie ma odpowiedzi na py-
tanie, czy wspominany obiekt, powstający przy gigantycznym
253nakładzie środków i wymagający udziału licznych specjalistów,
mógł powstawać wyłącznie jako kolejna kwatera Hitlera. Osta-
tecznie regularne systemy schronów istniały w Kętrzynie, Ber-
linie, Obersalzburgu, Monachium, w pobliżu Nauhaim i nad
Sommą. – Tom zamilkł na moment, by nabrać oddechu.




Na dziedzińcu panował przyjemny chłód.
Zimne piwo dodatkowo poprawiało wszystkim samopoczu-
cie. Tom sięgnął po szklankę ze złocistym płynem.
Od pewnego czasu Marc miał wrażenie, że ktoś przypatruje
się czwórce rozmawiających ze sobą na dziedzińcu osób, czuł
na plecach czyjś wzrok. Zaczął ostrożnie rozglądać się dookoła.
Było to trudne, gdyż z dwóch stron dziedziniec otaczały
mury mieszkalnej części zamku z licznymi oknami. W trze-
ciej części mieściła się kawiarnia, a ostatni bok kwadratowego
dziedzińca zamykał wysoki mur z podwieszonymi schodami
prowadzącymi do baszty. Baszta była miejscem, w którym tor-
turowano i uśmiercano gości zamku uznanych za niegodnych
goszczenia w wytwornych komnatach. Pozostałością po tym
szczególnym procederze były przykute do ścian łańcuchy
w najwyższym miejscu wieży, do których przymocowywano
skazańca, wieszając go nad kilkunastometrową czeluścią.
Marc był pewien, że ktoś nie spuszcza ich z oka, jednak nie
dostrzegł nikogo. Przypomniawszy sobie zdarzenie, jakie za-
szło przed chatą Kajetana, jeszcze raz nerwowo spojrzał do-
okoła. Szukał ewentualnej drogi ucieczki, gdyby historia miała
się powtórzyć.
– Jeżeli pozwolicie, dodam jeszcze kilka słów – odezwała
się Sally, przysuwając się do stolika. – Jak już powiedziałam,
Tom zaraził mnie swoją pasją. Początkowo przyglądałam się
254jego hobby z dystansem, ale z czasem, może dlatego, że wiązało
się to z ciągłymi podróżami, zaczęłam myśleć podobnie jak on.
„Wcale ci się nie dziwię” – pomyślała Monik.
– Poszukiwania rozwiązania tajemnicy skarbów III Rzeszy
zawiodły nas daleko poza pragnienie odnalezienia złota, dzieł
sztuki i innych drogocennych przedmiotów. Wiążą się one za-
równo z nimi, ale i z nieprawdopodobnymi technologiami, wy-
kraczają daleko poza granice dawnych Niemiec i Europy. Dzia-
łalność prominentnych osób tamtego okresu wiedzie w różne
strony świata i o tym również wypada wspomnieć.
Sally przełknęła kilka łyków piwa. Spoważniała. Skupiona,
kontynuowała opowieść męża.
– Kluczem do tajemnicy jest legendarne Shangri-La, zna-
ne też pod nazwą Shambala, które miało być podziemnym
miastem „bogów”, przybyłych z niebios, by przekazać miesz-
kańcom Ziemi część swojej wiedzy. Nie byli oni widać tak
zazdrośni jak bogowie olimpijscy, którzy za to samo skazali
Prometeusza na wieczną karę. Być może słyszeliście o tym,
że Adolf Hitler był związany z niemieckim, mistycznym towa-
rzystwem Thule. Jego członkowie w zasadzie niedługo po tym
jak NSDAP doszło do władzy, z inicjatywy Heinricha Himm-
lera, zajęli się organizacją ekspedycji, której celem było od-
nalezienie śladów miasta. Jedna z wypraw pod dowództwem
wysokiego oficera SS, doktora Ernsta Schaefera z Deutsches
Ahnenerbe udała się do Tybetu. Podobne ekspedycje prowa-
dzone były również na Bliskim Wschodzie oraz w Ameryce
Południowej.
– Czy to Hitler zlecił prowadzenie tych badań? – zaintere-
sował się Marc.
255– Poszukiwania były prowadzone z inicjatywy Heinricha
Himmlera. Z pewnością wiele starożytnych ksiąg nadal pozo-
staje ukrytych w górskich jaskiniach.
– Czy to możliwe? – spytała Monik.
– Wszystko wskazuje na to, że tak. Przykładem niech będzie
starożytne dzieło Vimaanika Shastra. Wiele wskazuje na to,
że zawiera ono opis budowy pozaziemskich maszyn latających.
Angielskie tłumaczenie tego tekstu pojawiło się jeszcze przed
rozpoczęciem niemieckich poszukiwań w Tybecie. Liczne opi-
sy, jakie zawiera ta księga, nadal pozostają niezrozumiałe, lecz
być może Niemcom udało się odkryć ich faktyczne znaczenie.
Wiele za tym przemawia. Całość sprawia wrażenie jakby autor,
będący naocznym świadkiem, nie do końca rozumiał to, co wi-
dział. To mniej więcej tak, jakby ktoś żyjący kilka tysięcy lat
temu próbował opisać zasadę działania samolotu.
– I opisy te wpadły w ręce Niemców? – zapytał Marc.
– Rezultatów ekspedycji nie znamy, jednak nie jest wyklu-
czone, że jeśli Shangri-La istnieje, to zostało ono odkryte przez
Niemców. Potwierdzeniem tej tezy mogą być eksperymenty,
jakie prowadzono w czasie drugiej wojny światowej na terenie
Gór Sowich, gdzie według wielu świadków niejednokrotnie
widywano tajemnicze światła i latające pojazdy o kształtach,
które zwykliśmy kojarzyć z UFO. Jeśli te doniesienia były praw-
dziwe, to Niemcom udało się wyprzedzić resztę świata o ponad
pięćdziesiąt lat.
– Z tego wynikałoby – Tom wszedł w słowo żonie – że eks-
pedycja Schaefera zakończyła się sukcesem i udało mu się zna-
leźć projekt wspominanego przez tybetańskie księgi, tajemni-
czego pojazdu zwanego vimaną. Może były i inne księgi, dzieła,
256w których znalazła się wiedza nam nieznana. Kiedy już po woj-
nie o analizę starożytnych ksiąg poproszono specjalistów z In-
dii, oświadczyli oni, że dzieła te zawierają szczegółowe plany
budowy statków kosmicznych o napędzie antygrawitacyjnym,
a także poruszają kwestie techniczne związane z podróżami
na Księżyc...
Sally wyraźnie ożywiona trąciła lekko męża:
– Odczytanie tych starożytnych dokumentów nie było
rzeczą prostą – powiedziała – zwłaszcza jeśli uwzględnimy,
że Niemcy nie mieli na to dużo czasu. Co innego jeśli otrzyma-
liby odpowiednią pomoc od samych Tybetańczyków, w końcu
stosunki na linii Berlin-Lhasa były więcej niż dobre, a buddyj-
scy mnisi niejednokrotnie odwiedzali Berlin. Ostatnia wizyta
miała mieć miejsce zaledwie pięć dni przed śmiercią Hitlera.
W czasie walk o Berlin w jednym ze schronów Rosjanie od-
kryli ciała sześciu buddyjskich mnichów. Wszystko wskazuje
na to, że mnisi ci popełnili zbiorowe samobójstwo.
– Nie słyszałem o tej historii, a przecież o śmierci Hitlera
rozpisywali się już wszyscy – powiedział zaskoczony Marc.
Tom położył rękę na ramieniu Sally. Ta zamilkła na chwilę.
– Cofnijmy się trochę w przeszłość. W latach 1938-1939
pod protektoratem Hermana Goeringa zorganizowano wypra-
wę na Antarktydę. Ekspedycja liczyła osiemdziesiąt dwie oso-
by. Większość stanowili naukowcy z różnych dziedzin, jednak
nie ma wątpliwości co do wojskowych celów wyprawy. Sfoto-
grafowano sześćset tysięcy kilometrów kwadratowych terenu,
zastanawia jednak fakt, że do dzisiaj naukowcy w swoich opra-
cowaniach zawężają ten obszar do niewiele ponad trzystu ty-
sięcy kilometrów. Co chcą w ten sposób ukryć?Na twarzy Monik wyraźnie rysowała się ciekawość.
– Musi być jakiś powód – stwierdził Marc.
– W Nowej Szwabii znajdowała się baza o kodowej nazwie
211. Nie jest wykluczone, że istniała jeszcze druga – usytuowana w głębi lądu, pod ziemią. Z zaplecza tego korzystały
zarówno niemieckie okręty korsarskie, jak i U-booty. Jak ina-
czej można by wyjaśnić możliwość operowania tych jednostek
w odległości ponad dwudziestu tysięcy kilometrów od Nie-
miec? Należy również pamiętać, że sto niemieckich U-bootów
pod koniec wojny w tajemniczy sposób zniknęło. Sporą ich
część stanowiły najnowocześniejsze okręty podwodne typu
XXI, technicznie wyprzedzające swoją epokę o kilkanaście lat.
Jakie zadania postawiono przed jednostkami U-977 i U-530?
Gdzie uzupełniały paliwo i zapasy? Co naprawdę przewoziły
pod pokładem? Podobno na pokładzie okrętu zmierzającego
do Argentyny umieszczono sześć tajemniczych, powleczonych
ołowiem skrzyń z brązu. U-530 miał swój ładunek pozostawić
na Antarktydzie. Mówi się, że na Antarktydę popłynął także
U-977.
– Ale macie wiadomości – powiedziała z podziwem Monik.
– To ogromna odległość od Niemiec.
– Myślisz, że wywiozły z Europy skarby? – spytał Marc.
– Według niektórych relacji oprócz wspomnianych skrzyń
miał tam przewieźć także urnę z prochami wodza III Rzeszy.
Tajne bazy zaopatrzeniowe były zakładane przez Niemców
u wybrzeży Argentyny, jednak przypadek Nowej Szwabii jest
o tyle ważny, że miejsce to znajdowało się daleko od szlaków
komunikacyjnych, było bardzo trudno dostępne i nie inte-
resowali się nim alianci. Nie bez znaczenia jest także fakt,
258że panujący na tym obszarze klimat sprzyja przechowywaniu
żywności oraz paliwa. Teren ten w znacznej mierze pozbawio-
ny jest pokrywy lodowej, a to ze względu na przebiegający tam
łańcuch wulkaniczny, stanowiący naturalne źródło ciepła.
Sally weszła w słowo mężowi:
– W tym kontekście interesująco przedstawia się wypo-
wiedź admirała Karla Doenitza z 1943 roku, w której podkre-
ślił, że niemiecka flota podwodna jest dumna ze zbudowania
dla wodza w innej części świata Shangri-La na lądzie, niezwy-
ciężonej fortecy. Ale pamiętajcie, że Niemcy nie tylko mieli do-
świadczenie w tworzeniu podziemnych budowli, ale posiadając
ogromną władzę, poszukiwali innych, metafizycznych doznań.
Dodatkowo wiedzieli, że ich królestwo może się kiedyś skoń-
czyć, szukali więc zaplecza dla swojej przyszłości. Zresztą, pań-
stwa położone blisko Antarktydy, mogły dostarczyć wszystkich
niezbędnych materiałów.
Tom zamilkł.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, popijając piwo.
– Wiecie co, coraz bardziej jestem przekonana, że tak
ogromne imperium wyposażone w tak rozwiniętą technikę
i ambicje swych wodzów, nie mogło zniknąć w maju 1945 roku
jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – odezwała się Mo-
nik. – Od lat powszechne podejście do historii nie uwzględnia
Niemców, przenosi uwagę na Amerykanów, Rosjan czy Anglików, a to chyba półprawda.
– Masz rację – odparł Tom. – Niemcy mieli wszystko,
a szczególnie potencjał naukowy i ogromne środki finansowe,
by uczestniczyć dalej aktywnie w losach świata. Może tylko już
w sposób mniej jawny.
– Posłuchaj Tom, nie jesteście tu pierwszy raz. – Tom przy-
taknął, milcząc. – Czy sądzisz, że tamte podziemne budowle
może ktoś dziś wykorzystywać do jakichś podobnych celów?
– zapytał Marc.
– Co masz na myśli? – zainteresował się Tom.
Marc zawahał się i spojrzał na Monik. Nie dostrzegł w jej
wzroku żadnego ostrzeżenia czy dezaprobaty. Tom wpatrywał
się w niego ufnym wzrokiem.
– Przed przyjazdem tutaj, jakiś czas temu, ktoś w rozmo-
wie ze mną powiedział, że gdzieś w Polsce może znajdować się
podziemny ośrodek, w którym politycy czy wojskowi prowa-
dzą jakąś działalność. Mój rozmówca nie potrafił tego bardziej
sprecyzować. Potraktowałem wszystko jako plotkę. W two-
jej historii przewinęło się sporo podziemnych kompleksów,
i to na całym świecie. Nie można wykluczyć, że nie pozostał
po nich wyłącznie kurz i pył. Czy masz pewność, że miejsca te
są opuszczone?
Tom zamyślił się. Spojrzał pytająco na Sally. Wzruszyła ra-
mionami. Zastanawiał się chwilę.
– Nie wiem... Jestem szczery... Popatrzcie, z jednej stro-
ny coś, co zrobili wiele lat temu Niemcy, stanowi gotową bazę
do przeróżnej działalności wojskowej. A jak wojskowej, to i po-
litycznej. Niemało jest na świecie ukrytych miejsc. Prawie cała
broń nuklearna schowana jest pod powierzchnią... – Tom za-
wiesił na chwilę głos. – Łatwo podszyć się pod turystów po to,
by zniknąć gdzieś pod ziemią. Ale z drugiej strony właśnie dlate-
go, że tylu ich tu biega, ryzyko wykrycia jest o wiele większe. Być
może z tego powodu nie szukałbym w miejscach historycznych,
które znajdują się na turystycznych szlakach. Ale, kto wie...
260Wiesz, Marc, pozwól, że rozważę twoje pytanie dokładniej. Jak
to się mówi, prześpię się z tym. Myślę, że wiem jeszcze coś. Coś,
czego nie chciałby ujawnić nikt, kto ma wpływ na te miejsca...
– Tom uśmiechnął się tajemniczo. – Ale o tym porozmawiamy
później. Jeżeli oczywiście pozwolicie. Każdy badacz też ma swoje
tajemnice. – Jego twarz zajaśniała życzliwym uśmiechem.
Marc odetchnął głęboko.
– Jesteśmy wam ogromnie wdzięczni, że zechcieliście po-
dzielić się z nami tak wielką liczbą fascynujących informacji.
Nie wiem jak tobie, Monik, ale mnie przydałby się studzący
spacer albo przynajmniej kąpiel, a najlepiej zimny prysznic.
– Z ust mi to wyjąłeś. Jakie są wasze dalsze plany? – Monik
zwróciła się do Toma i Sally.
Tom uśmiechnął się.
– Dziś czeka nas noc na łożu, którego historia jest pasjonująca. Teraz chcemy pójść jeszcze na spacer po okolicy. Jesteśmy
trochę zmęczeni, więc położymy się wcześniej. A jutro? Chcieliśmy pojechać do Książa.
Marc ucieszył się.
– Do Książa? To może wybierzemy się razem? Czy moglibyśmy wam towarzyszyć?
– Świetny pomysł! – ucieszyła się Sally. – Nie będziemy zda-
ni wyłącznie na siebie. A skoro was zaciekawiliśmy, to tym le-
piej. Proponuję, abyśmy spotkali się po śniadaniu. O dziesiątej
przed recepcją hotelową?
– Znakomicie – zgodził się Marc. Wyciągnął rękę do Sally.
– Bardzo miło było was poznać, jesteście naprawdę niezwykły-
mi ludźmi. Wasza pasja i to, jak o niej opowiadacie, są nadzwyczajne. Cieszę się na jutrzejszy wspólny dzień. Sally odpowiedziała uściskiem dłoni. Pożegnali się. Tom
i Sally poszli bramą pod basztą w kierunku parkingu.
Marc uregulował rachunek. Postanowili z Monik spędzić ten
wieczór wyłącznie ze sobą.

sobota, 19 lipca 2014

Przypominamy: Cywilizacja Matrixa

Czy dobrze widzimy w jakim świecie żyjemy? Czy rzeczywistość jaka nas otacza jest na pewno taka jak ją widzimy? A może wszyscy jesteśmy oszukiwani i niczym Neo czekamy na okazję by od Morfeusza dostać pigułkę, która otworzy nam oczy? 


Wciąż jednak żywy pozostaje wątek poruszany w niezliczonej ilości filmów i powieści science fiction dotyczący potencjalnego buntu maszyn. Czy zagadnienie to pozostaje czystą fantastyką? A może niepostrzeżenie, tylnymi drzwiami przedostaje się do naszego życia? 


Wyjrzyj przez okno. Wasz czas już przeminął. Przyszłość należy do nas. Nastała nasza era.
Agent Smith (Matrix)


czwartek, 17 lipca 2014

Czy Kalifornia się podzieli?

Za duża, źle zarządzana a przy tym bardzo bogata. Mieszkańcy Kalifornii chcą by ich stan uległ podziałowi na sześć mniejszych podmiotów, którymi będzie znacznie łatwiej zarządzać. 

źródło: Six Californias

Jeśli w 2016 roku wynik głosowania będzie pozytywny to być może już niedługo zamiast Kalifornii na mapie pojawią się mniejsze, zupełnie nowe stany. Do tej pory udało się już zebrać ponad 808 tysięcy podpisów za przeprowadzeniem głosowania nad podzieleniem najbogatszego stanu USA ( i równocześnie jednego z najbogatszych państw świata) na sześć odrębnych tworów: 
  • Jefferson, 
  • Północną Kalifornię, 
  • Dolinę Krzemową, 
  • Środkową Kalifornię, 
  • Zachodnią Kalifornię 
  • Kalifornię Południową 
Dlaczego akurat sześć? Zwolennicy pomysłu argumentują, że stan w swoich obecnych granicach jest zdecydowanie za duży i jego władze nie są w stanie skutecznie zarządzać tak dużym obszarem liczącym 38 milionów obywateli. Z tego też powodu postulują oni podzielenie Kalifornii na mniejsze organizmy, którymi będzie można znacznie łatwiej administrować, organizmy te byłyby podzielone według naturalnych granic historycznych i geograficznych. 


Jak twierdzi lider tej inicjatywy Roger Salazar "jest to ważne, ponieważ pomoże nam to stworzyć bardziej elastyczny, innowacyjny i bardziej lokalny rząd, co ostatecznie przełoży się na poprawę życia wszystkich Kalifornijczyków". Pomysł popiera i pomaga finansowo miliarder Tim Draper, który majątek zgromadził dzięki inwestycjom w tak udane start upy jak Skype czy Hotmail. Uważa on, że w chwili obecnej Kalifornia jest najgorzej zarządzanym stanem w kraju i głosowanie jest początkiem długiej kampanii mającej zmienić ten stan rzeczy. W chwili obecnej 59 procent Kalifornijczyków jest przeciwnych podziałowi. 


- See more at: http://pomocnicy.blogspot.com/2013/04/jak-dodac-informacje-o-ciasteczkach-do.html#sthash.uAMCuvtT.dpuf